Całkowicie zdominowali piątkowe spotkanie z Radomiakiem Radom piłkarze Legii Warszawa. Gracze Marka Papszuna wygrali aż 5-0, a już po 17 minutach prowadzili trzema golami. Dzień przed Świętem Wojska Polskiego „Wojskowi” zagrali wręcz koncertowo.
Święto "Wojskowych"
Legia wyszła na ten mecz z debiutantem w pierwszym składzie. Swoją szansę wreszcie otrzymał Michal Ševčík, który od momentu transferu do stołecznego klubu nie pojawił się jeszcze na boisku w oficjalnym meczu. Czech dosyć szybko udowodnił, że może okazać się bardzo poważnym wzmocnieniem środka pola. Już w 7. minucie gry otworzył wynik meczu, kiedy płaskim uderzeniem sprzed pola karnego pokonał Bartłomieja Gradeckiego. Ta próba nie była może zbyt mocna, ale okazała się na tyle dokładna, że bramkarz Radomiaka musiał skapitulować. Mecz znakomicie rozpoczął się więc dla legionistów, którzy byli zdecydowanymi faworytami przed pierwszym gwizdkiem.
Kilka minut potem było już 2-0! Wszystko zaczęło się od dośrodkowania z rzutu wolnego, po którym główkował Łukasz Zjawiński. Gradecki wprawdzie zdołał sparować ten strzał przed siebie, jednak wobec dobitki z najbliższej odległości Rafała Augustyniaka był już kompletnie bezradny. Początkowo bramka została anulowana, ponieważ sędzia liniowy dopatrzył się spalonego, ale po weryfikacji VAR decyzja ta została cofnięta i gracze Marka Papszuna mogli cieszyć się z trafienia. To jeszcze bardziej podłamało przyjezdnych, którzy kompletnie nie mogli znaleźć sposobu na rozpędzonych "Wojskowych".
W 17. minucie Legia trafiła po raz trzeci. Z całą pewnością mało kto mógł przypuszczać, że nieco ponad kwadrans po pierwszym gwizdku sędziego spotkanie będzie już praktycznie rozstrzygnięte. Tym razem do siatki radomskiego klubu trafił Rafał Adamski. Napastnik idealnie wykończył podanie z lewej strony od Rubena Vinagre i głową zmusił Gradeckiego do wyciągania piłki z bramki. Potem tempo gry nieco spadło z wiadomych powodów. Legia nieco cofnęła się na swoją połowę i wpuściła przeciwników nieco bliżej swojego pola karnego. Goście nie potrafili jednak oddać nawet celnego strzału, który zmusiłby Otto Hindricha do interwencji.. Kiedy wydawało się, że wynik do przerwy nie ulegnie już zmianie, nadeszła 44. minuta. Wówczas Bartosz Kapustka opanował piłkę przed polem karnym, spokojnie przełożył ją na lewą nogę i mocnym uderzeniem pokonał Gradeckiego. Początkowo wydawało się, że golkiper zdoła zanotować dobrą interwencję, lecz jego ręka została przełamana i futbolówka wpadła do siatki.
Za chwilę sędzia zakończył pierwszą połowę, która była niezwykle jednostronna. Legia w pełni kontrolowała to, co działo się na boisku, nie pozostawiając Radomiakowi żadnych złudzeń.

W przerwie Marek Papszun dokonał jednej zmiany. Za Ševčíka wszedł Jakub Żewłakow. Pomimo wysokiego prowadzenia Legia nadal atakowała. W 48. minucie po wrzutce z rzutu rożnego główkował Augustyniak, ale piłka trafiła tylko w boczną siatkę. W 51. minucie było już jednak 5-0! Wszołek płasko podał do Kapustki, ten miał sporo miejsca przed polem karnym, co skrupulatnie wykorzystał. Kapitan "Wojskowych" uderzył płasko i znowu na linii nie popisał się Gradecki, któremu piłka "przelała się" przez ręce.
Radomiak po raz pierwszy zagroził Legii po zmianie stron za sprawą Luquinhasa. Pomocnik oddał strzał z większej odległości, ale uderzył lekko i wprost w Hindricha. W 64. minucie Rumun spisał się jeszcze lepiej, kiedy do boku sparował próbę z rzutu wolnego Rafała Wolskiego. Pomimo tych dwóch zrywów przyjezdni byli tego wieczoru jedynie cieniem dla świetnie dysponowanych legionistów.
Kwadrans przed końcem regulaminowego czasu gry, rozgrywający bardzo dobre spotkanie Vinagre, mógł wpisać się na listę strzelców. Portugalczyk kopnął piłę lewą nogą w kierunku dalszego słupka, jednak nieznacznie się pomylił. Z biegiem kolejnych minut Papszun decydował się na kolejne zmiany w składzie. Już wcześniej na murawie pojawił się debiutujący Jan Kuchta, a w końcówce również pierwsze spotkanie w pierwszej drużynie zanotował Erik Mikanowicz.
Pomocnik wkrótce znalazł się z piłką na skraju pola karnego, skąd spróbował odważnego uderzenia. Niestety, nie trafił choćby w światło bramki. Arbiter do regulaminowego czasu doliczył tylko jedną minutę. Finalnie wynik nie uległ już zmianie i Legia całkowicie zasłużenie odniosła trzecie zwycięstwo w tym sezonie Ekstraklasy.


